26 września 2017

Rosomak wsparcia – konieczność czy fanaberia?

Norbert Bączyk

Potrzebny czy nie?

Aktualnie obowiązujące plany nie przewidują wprowadzenia na uzbrojenie brygad zmechanizowanych odmiany Rosomaka jako wozu z ciężkim uzbrojeniem. Panuje przekonanie, że problem niewystarczającej ochrony przeciwpancernej pododdziałów w tych związkach taktycznych zostanie rozwiązany po wprowadzeniu zdalnie sterowanych wież z armatami automatycznymi oraz przeciwpancernymi pociskami przeciwpancernymi Spike oraz po integracji tychże ppk z wieżami Hitfist-30P już użytkowanych Rosomaków. Dodatkowo pododdziały mogą liczyć na ogień pośredni systemów artyleryjskich – 152 mm armato-haubic Dana i moździerzy 98 mm/120 mm (docelowo każdy batalion zmotoryzowany w kompanii wsparcia ma zostać wyposażony w osiem samobieżnych moździerzy Rak kal. 120 mm). Przewidywana jest także, co oczywiste, współpraca na polu walki z innymi związkami taktycznymi oraz ich pododdziałami, w tym wyposażonymi w czołgi. Wówczas bojowe wozy piechoty Rosomak i czołgi mogłyby działać w wspólnym, mieszanym ugrupowaniu.

Powyższe podejście wskazywać może jednak na niedostateczne zrozumienie idei sił średnich, które w zamysłach doktrynerów NATO zostały określone jako oddziały maksymalnie uniwersalne, zdolne do realizacji zarówno zasadniczych zadań taktycznych, jak i operacji stabilizacyjnych. Ich atutem ma być wysoka mobilność strategiczna i operacyjna, a także wysoka manewrowość taktyczna. Dzięki temu – po otrzymaniu informacji z rozpoznania – dowódcy takich związków oraz ich pododdziałów mają mieć możliwość przyjmowania lub narzucania walki na maksymalnie korzystnych dla siebie warunkach, wykorzystując ruchliwość jako jeden z najważniejszych atutów. Ruch ma być czynnikiem kluczowym zarówno w działaniach obronnych, jak i natarciu. Stąd np. należy zakładać wspólne działania z pododdziałami pancernymi, ale tylko jako jeden z wielu równorzędnych wariantów działań. Podstawą musi być natomiast oparcie planowania o własne, organiczne pododdziały, wyposażone w dedykowany im sprzęt wojskowy (wszystkie platformy na kołach) i szkolone wedle regulaminów uwzględniających specyfikę sił średnich. Nie można zakładać, że w przypadku konieczności wejścia do walki w szybkim czasie nawet setki kilometrów od rejonów początkowego rozwinięcia, znajdą się tam równolegle jakiekolwiek inne oddziały własne.

Piechota zmotoryzowana potrzebuje wozów bojowych, które zapewniać jej będą bezpośrednie wsparcie. Najważniejsze w walce jest bowiem zdobycie przewagi ogniowej. Możliwości ogniowe zasadniczej platformy – BWP Rosomak – pozwalają na podjęcie skutecznej walki z bojowymi wozami opancerzonymi przeciwnika oraz jego piechotą, ale wykorzystywane w nich armaty automatyczne mają również swoje ograniczenia. Jedną z największych zgłaszanych dziś bolączek jest brak wystarczającej siły rażenia przeciw stanowiskom umocnionym, zaporom inżynieryjnym i budynkom ogniem na wprost. W klasycznych związkach zmechanizowanych zapewniają ją pododdziały pancerne, w brygadach zmotoryzowanych ich jednak nie ma. Teoretycznie wsparcie takie zapewnić mogą w przyszłości (jakże nieliczne) moździerze samobieżne Rak. W rzeczywistości skierowanie wozów artyleryjskich na linię bezpośredniej styczności wojsk powinno następować tylko w zupełnie wyjątkowych sytuacjach, bowiem zaburza to wyznaczone im strefy ognia i osłabia porządek w we własnym ugrupowaniu. Trudno także oczekiwać, aby broń taka mogła szybko wejść do akcji na pierwszej linii np. w warunkach boju spotkaniowego. Właściwie jej wprowadzenie do takiej walki należy uznać za karygodny błąd w sztuce. Tymczasem bój spotkaniowy musi być postrzegany jako jeden z bardzo prawdopodobnych scenariuszy dla pododdziałów, które chcą opierać swe działania na manewrze. Dodatkowo struktura organizacyjna polskich brygad wyposażonych w Rosomaki nie uwzględnia występowania batalionu rozpoznawczego, zatem główny wysiłek od razu spada na kompanie liniowe batalionów piechoty zmotoryzowanej (oraz plutony rozpoznawcze w ich kompaniach dowodzenia), które powinny posiadać silniejsze niż dziś uzbrojenie. Inaczej nie zdobędą one przewagi ogniowej, w konsekwencji ponosząc porażkę lub przesadne straty. Tymczasem nie jest przypadkiem, że w kilku armiach NATO kołowe wozy z ciężkim uzbrojeniem są wykorzystywane właśnie w batalionach rozpoznawczych (zwanych często z przyczyn historycznych pułkami kawalerii). Pozwala to prowadzić zdecydowane rozpoznanie walką.

Nie ulega wątpliwości, że w roli wozu przeciwpancernego pojazdy z ciężkim uzbrojeniem takie jak AMX 10 RC, Centauro, M1128 czy wreszcie Wilk, a zatem uzbrojone w armaty kal. 105 mm, nie będą sprawdzać się rewelacyjnie, i nie zagwarantują skutecznego porażenie celu od czoła na dalekich odległościach. Kaliber 105 mm nie przystaje już do wyzwań związanych z penetracją najnowszych czołgowych pancerzy warstwowych, osłanianych dodatkowo osłonami reaktywnymi. Tutaj większymi możliwościami dysponują armaty kal. 120 mm, a i one są pewną bronią tylko z wykorzystaniem najnowszych wzorów amunicji. Niemniej tak duże i cięższe działa również niosą ze sobą konkretne ograniczenia i ich montaż na kołowych podwoziach o masie 20-22 ton, bywa zadaniem trudnym (co nie znaczy, że niemożliwym). Chcąc zachować ich zasadnicze atuty, nie można przecież przeciążać nośników. Jeśli zatem wóz kołowy z armatą kal. 120 mm zachowa kluczowe parametry ruchliwości i zasięgów, to taka broń powinna być uznana za najlepiej odpowiadającą oczekiwaniom wojska. Jeśli jednak jego charakterystyki ulegną pogorszeniu, należy poprzestać na systemie o kalibrze 105 mm. Z takiego też założenia wychodzą planiści w wielu armiach świata.

Odpowiednia taktyka działań może zniwelować część ograniczeń armat kal. 105 mm, ich ogień może także okazać się wystarczający przynajmniej do wymuszenia na nieprzyjacielskich czołgach wyjścia z walki z powodu uszkodzeń, nawet jeśli nie dojdzie do penetracji ich pancerzy. Generalnie jednak walka pododdziałów sił średnich z siłami ciężkimi drugiej strony musi być postrzegana jako ostateczność. Wysoka manewrowość i właściwie rozpoznanie mają bowiem sprawić, że własne pododdziały zdołają uniknąć takiego starcia. Natomiast jeśli nie będzie to możliwe, armaty kal. 105 mm nie będą jedynym orężem. Równie ważnym środkiem muszą być przeciwpancerne pociski kierowane i artyleria. Taka filozofia widoczna jest np. w strukturze Stryker Brigade Combar Team, gdzie niezależnie od wozów M1128, występujących siłami plutonu na szczeblu kompanii piechoty, brygada ma pododdział samobieżnych wyrzutni pocisków TOW o zasięgu 4 km. I to właśnie M1134 Anti-Tank Guided Missile Vehicle jest dedykowaną niszczeniu czołgów wersją transportera Stryker, a nie wóz M1128, którego zasadnicza funkcja jest inna. Pełni on bowiem rolę wozu artyleryjskiego bezpośredniego wsparcia piechoty. Nie jest to żadną miarą wyspecjalizowany niszczyciel czołgów. Podobną też rolę powinien pełnić wóz Wilk lub inna, analogiczna konstrukcja.

Podsumowując, wprowadzenie do brygad zmechanizowanych wyposażonych w wozy bojowe Rosomak odmiany transportera z ciężkim uzbrojeniem, pomimo wysokich kosztów, wydaje się zasadne. Przy czym wóz taki powinien występować na szczeblu każdego batalionu piechoty zmotoryzowanej w nowej kompanii bezpośredniego wsparcia. Podobnie jak w przypadku moździerza Rak, nie jest tu konieczny wymóg pływalności. Wóz taki musi być uzupełnieniem systemu obrony przeciwpancernej pododdziału opartej zasadniczo na zestawach ppk (na wozach i rozstawianych po spieszeniu przez obsługi), a jego główną funkcją powinno być wsparcie artyleryjskie piechoty ogniem na wprost – niszczenie siły żywej, obiektów umocnionych, zapór inżynieryjnych i budynków. Dzięki temu siła ognia pododdziałów piechoty zmotoryzowanej będzie znacznie większa niż analogicznych pododdziałów zmechanizowanych i zmotoryzowanych przeciwnika, pod warunkiem, że ten nie wprowadzi do walki czołgów. Wówczas, dzięki przewadze manewrowości, siły własne zajmą nową, korzystniejszą pozycję, unikając starcia lub inicjując je ponowienie na dogodnych dla siebie warunkach.

> regulamin